Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
Shop deviantART for the
holidays and save BIG!
Click here! :holly:
[x]

deviantART

 

Swiatlo Zycia

Fri Jul 17, 2009, 1:59 PM
  • Mood: I Have To Pee
  • Listening to: Mikromusic - Nie bede ciebie kochac
  • Reading: 'Gra Aniola' by Carlos Ruiz Zafron
  • Playing: Mahjong Titans
  • Drinking: Coca-Cola
Starzec siedział ze skrzyżowanymi nogami na osnutej nieprzeniknioną mgłą ziemi i kiwał się lekko, na zmianę, do przodu i do tyłu. Chłopiec stał jeszcze przez chwilę wpatrując się w ciemną dal, szukając, mimo tego, co powiedział mu starzec, jakichkolwiek zarysów na horyzoncie, czegokolwiek, co świadczyło by o tym, że jednak nie są tutaj sami. Jego wzrok błądził ślepo od jednego końca do drugiego w cichej nadziei, która wciąż tliła się głęboko w jego sercu. Po kilku jednak minutach oderwał wzrok od ciemnego horyzontu i usiadł zrezygnowany naprzeciwko starca, który zdawał się w ogóle nie dostrzegać jego obecności, a na pewno nie robiło mu żadnej różnicy, czy chłopak siedzi czy stoi. Zerkał na niego raz za razem szukając jakiegoś kontaktu wzrokowego ze swoim nietuzinkowym towarzyszem, jednak jedyne, co odnajdywał, to jego pusty, chyboczący się wzrok, który lekko muskał mu ramię. Po krótkiej walce z samym sobą, w której zwyciężyła myśl, że pora przerwać to irytujące milczenie, chłopiec już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale starzec niespodziewanie go wyprzedził.
- Na co się patrzysz?
Chłopiec spojrzał na niego zaskoczony.
- Wlepiasz we mnie gały jak szpak w telewizor – żachnął się. – Jestem starym próchnem, mam prawo mieć swoje dziwactwa!
- Ja… myślałem, że pan… - chłopiec zarumienił się. – Myślałem, że pan…
- Że co pan? – zapytał wyzywająco. – Wy młodzi myślicie, że jak już się jest starym, to można sobie z niego jajca robić, hę?
- Ja… nie. Nie miałem takiego zamiaru! – zapewnił przepraszającym tonem. Bał się, że starca obraził i w konsekwencji jego towarzysz zostawi go na pastwę samotności. – Po prostu myślałem, że nie zwraca pan na mnie uwagi.
- Starałem się, ot co. Ba, nawet nieźle mi to wychodziło, ale musiałeś wszystko zepsuć! – teraz w jego głośnie, wśród fali oburzenia, było również słychać nutkę rozbawienia. – Czy tak trudno uszanować dziwactwa starego człowieka?! Czy nie można, chociaż przez chwilę, w spokoju nie zwracać na kogoś uwagi?!
- Ależ można – wybełkotał chłopiec z zakłopotaniem i wbił wzrok w ziemię, której przecież nie mógł dostrzec. – Przepraszam – bąknął po chwili.
- Przepraszasz, w rzeczy samej. Przeprosiny przyjęte – starzec uśmiechnął się promieniście. – I nie dąsaj się już! – krzyknął tak, że chłopiec walnął nosem w swoje kolano, o które się opierał. – Mimo tego, że nie umiesz uszanować czyjejś arogancji, co przy okazji samemu czyni cię arogantem – zaznaczył ze złośliwym błyskiem w oku - to polubiłem cię, młodzieńcze.
Chłopiec odwzajemnił uśmiech, mimo łez, które napłynęły mu mimowolnie do oczu, wciąż rozcierając bolący nos.
- Ja również pana polubiłem.
- Ho-ho! To ci dopiero! – wykrzyknął starzec jeszcze głośniej, na szczęście tym razem chłopiec był przygotowany na taką ewentualność i nie drgnął nawet o cal, a mając na uwadze swój wciąż bolący nos, podziękował w duchu, że tak szybko się uczy. – Więc oboje się lubimy! – uśmiech starca stał się jeszcze bardziej promienisty, o ile to w ogóle było możliwe. - Cudowna to historia, cudowna – i dodał bardziej do siebie niż do chłopca – coraz mniej jest tego na tym świecie, coraz mniej.
Chłopiec udał, że tego nie słyszał. Chciał jak najszybciej zadać starcowi pytanie, które nurtowało go od momentu, gdy przed nim usiadł.
- Proszę pana – zaczął niepewnie. – Myślałem o tym, co mi pan powiedział. Wcześniej.
Starzec spojrzał mu w oczy, a przynajmniej tak się chłopcu wydawało, bo wciąż jego postać była lekko rozmyta, dałby sobie nawet uciąć kilka palców u ręki, że była osnuta tą samą mgłą, co otaczająca ich ziemia.
- Rozmawialiśmy o wielu sprawach – głos starca się zmienił, nie było już śladu po wcześniejszych wybuchach. Teraz słychać było w nim dostojność i ciężar wielu lat, które niewątpliwie miał za sobą.
- Powiedział mi pan, że jest pan jak dno duszy, albo raczej to dno duszy jest do pana podobne, że jest pan jak… - zawahał się, próbując przypomnieć sobie dokładnie słowa starca – jak wszędzie i nigdzie, jeśli mówimy o czasie. – starzec nie spuszczał z niego wzroku, najwyraźniej ciekawy dokąd ta rozmowa prowadzi. To spojrzenie dodało chłopcu odwagi. – Myślę, że mnie pan okłamał – on również spojrzał starcowi w oczy, a przynajmniej w miejsce, gdzie wydawało mu się, że powinny być.
Chwile siedzieli tak, patrząc na siebie w półmroku, osnuci tajemniczą mgłą, aż w końcu, gdy chłopiec nie doczekał się żadnej odpowiedzi na swój zarzut, postanowił kontynuować:
- Myślę, że wcale nie jest pan wszędzie i nigdzie, gdy mówimy o czasie – staruszek wstrzymał oddech. – Myślę… – chłopiec zawahał się po raz kolejny - że to pan jest czasem – dokończył na wydechu.
Zapadła głucha cisza, tak głęboka, że niedoświadczeni pływacy bez przeszkód mogliby się w niej utopić. Po chwili jednak starzec wybuchnął gromkim śmiechem. Śmiał się i śmiał bez opamiętania. Gdy w końcu był już w stanie zabrać głos znowu spojrzał chłopcu w oczy, a ten z kolei dostrzegł pewną zmianę – mgła, która zakrywała postać starca zaczynała powoli znikać.
- Zadziwiające! – wykrzyknął wciąż śmiejąc się pod nosem. – Cudowne i niesamowite! Niech zginą w przedsionkach ci, którzy uważają, że umysł dziecka nie jest piękny! Biada im, oj, biada, bowiem nie wiedzą, jaki wielki błąd popełniają! Mój drogi, niech mnie diabli, masz rację – dodał już normalnym tonem, obdarzając chłopca łaskawym uśmiechem dziadka, który właśnie pokazał wnuczkowi jak bawić się jego pierwszą w życiu elektryczną kolejką. – Ale masz rację tylko połowicznie. Nie okłamałem cię w żaden sposób. Czy czas nie jest wszędzie i nigdzie zarazem? – zapytał uprzejmie chłopca.
- Tak… ale pan powiedział…
- To tylko gra słów, mój mały – przerwał mu starzec. – Gra, w której łatwo jest się zgubić. Widzisz, czas jest, dosłownie, wszędzie i nigdzie. Czy możesz go dotknąć, zobaczyć?
- Przecież pana widzę – zaprotestował chłopiec.
- Trafna uwaga – zauważył starzec, po raz kolejny wielce rozbawiony. – Znowu punkt dla ciebie, ale widzisz, nie każdy może zobaczyć czas, podobnie, jak nie każdy może trafić na dno duszy – spojrzał na chłopca znad uniesionych brwi, wciąż z uśmiechem na ustach, który zdawał się być już przyklejony na stałe do twarzy starca, którą widział wyraźniej z każdą chwilą. – O, nie ma co się dąsać – cmoknął z niesmakiem, widząc naburmuszoną twarz nie bardzo przekonanego chłopca. – Ale wracając… jak już wspólnie ustaliliśmy, czasu nie można dotknąć, zobaczyć, ani poczuć jego obecności w żaden fizyczny sposób, a jednak… - starzec rozłożył szeroko ręce – czas istnieje, jest wszędzie dookoła nas i w dodatku na domiar często daje o sobie znać.
- To pan daje na domiar często o sobie znać. Nie raz spóźniłem się przez pana na autobus.
- Ach, tak, oczywiście znowu masz rację – chłopiec nie mógł wyzbyć się wrażenia, że staruszek celowo sprowokował go do wypowiedzenia tej uwagi. – Wybacz mi.
- Ale… tutaj… jakoś to nie działa. Tutaj… mogę pana zobaczyć, mogę nawet z panem porozmawiać. Tutaj pan… nie biegnie, tylko… siedzi pan przede mną.
Starzec wpatrywał się w chłopca jak w ósmy cud świata, zupełnie w ten sam sposób w jaki wpatrywał się w niego, gdy ten nawrzeszczał na niego w przypływie irytacji i zniecierpliwienia.
- Młodzieńcze, było wielu, którzy chcieli przechytrzyć czas, zatrzymać go. I pewnie wielu będzie jeszcze próbować, na Boga! – roześmiał się. – Nikomu to się jednak nie udało. Nikt nie jest w stanie zatrzymać czasu. Każdy głupi ci to powie. Tylko mądrzy uważają, że jest inaczej, ale przecież ludzką rzeczą jest błądzić – i skrzywił się lekko, jakby chciał powiedzieć co sądzi o ludziach z dużym nadmiarem ilorazu inteligencji i ilorazu głupoty zarazem. – Chodzi mi o to, że mimo tego wszystkiego, nikt nigdy nie powiedział, że czas sam nie może zdecydować, kiedy się zatrzymać – dodał przeciągając i pieszcząc każde słowo z osobna.
- Czyli… - chłopiec nie był pewny czy dobrze go zrozumiał. – Czyli to znaczy, że tutaj naprawdę pan nie biegnie?
- Oj, myślałem, że tą kwestię mamy już wyjaśnioną – starzec zacmokał z niesmakiem wskazując swoje kolana umiejscowione na ziemi. – Ale wiem o co ci chodzi, mój mały. Tak, to znaczy dokładnie to. Zauważ, że odkąd tu jesteś nie postarzałeś się ani sekundę.
- Ale… przecież jesteśmy tutaj tylko chwilę… - chłopiec pomyślał przez moment. – Może kilka…
- Godzin? – wpadł mu w słowo starzec. – A może minut? A być może dni, tygodni, miesięcy? – zapytał dobitnie, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony. – Myślisz, że stać byłoby mnie na taką, no właśnie – zaśmiał się krótko – stratę czasu?
Chłopiec nic mu na to nie odpowiedział. Postanowił, że nie będzie już się odzywał niepotrzebnie, bo w tej sytuacji, każda jego odpowiedź może być niechybnie wykorzystana przeciwko niemu.
- Widzisz – ciągnął dalej starzec, najwyraźniej żadnej odpowiedzi nie oczekując – to, że tutaj nie mijam, to nie znaczy, że tak jest gdzie indziej – zerknął na chłopca, jakby sprawdzając czy ten rozumie jego słowa. - Właśnie po to była nam pierwsza lekcja zatytułowana – wszędzie i nigdzie.
Chłopiec słuchał uważnie tego, co mówi Czas z niekłamany zainteresowaniem, ale nie dał po sobie tego poznać. Siląc się na obojętność wreszcie zadał pytanie, które ułożył sobie już wcześniej:
- W takim razie, to oznacza, że poza tym miejscem czas, to znaczy ty biegniesz normalnie, tak?
- Bez dwóch zdań – Czas wciąż wpatrywał się w chłopca z niekłamanym zachwytem.
- I nie mogę wiedzieć ile ciebie upłynęło na zewnątrz od momentu, w którym się tu znalazłem? – zaryzykował chłopiec.
- Niestety, tajemnica zawodowa – a gdy zobaczył uniesione ze zdziwienia brwi chłopca, szybko dodał z rozbawieniem – No co? Każdy musi mieć jakąś etykę pracy, prawda?
- Bez dwóch zdań – przytaknął chłopiec, naśladując mentorski ton Czasu, co jednak niezbyt zgrabnie mu wyszło i spowodowało tylko pojawienie się jeszcze większej liczby tańczących wesoło ogników w oczach starca, które wreszcie mógł dostrzec, bo mgła opadła już z nich całkowicie. Były dziwnego koloru, ni to szarego, ni niebieskiego, a w czerni ich źrenic majaczyły dziwne kształty, tak jakby… wskazówki. Chłopiec już miał się o to zapytać, ale, nie po raz pierwszy już zresztą, starzec jakby czytał w jego myślach:
- Nie pytaj – machnął zrezygnowany ręką. – To największa porażka ludzkości. Kto to w ogóle wymyślił? Wyobraź sobie, że ludzie kojarzą cię z jakąś okrągłą tarczą i dwoma śmiesznymi wskazówkami, które nic, tylko się kręcą. I na Boga, jeszcze to tykanie! – żachnął się rozżalony. – Ledwo myśli mogę do kupy zebrać. Istny obłęd!
Chłopiec z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem na ten wywód o zegarze, szczególnie widząc prawdziwe oburzenie na samą wzmiankę o nim w oczach Czasu, postanowił więc, że zgrabnie ominie ten temat.
- Ale, co w takim razie tutaj robisz? – zapytał i dodał po chwili, jakby chciał, żeby Czas dobrze go zrozumiał – To znaczy, chodzi mi o to, że nie bardzo rozumiem, co czas, co ty – poprawił się - możesz robić w takim miejscu jak to.
- A jak tobie się wydaje, mój mały druhu? – chłopiec gotów był uwierzyć, że świdrujące spojrzenie jego zegarowych oczu mogłoby mu bez trudu wywiercić dziurę w czaszce. Czuł, że powoli, małymi kroczkami zbliżają się do sedna sprawy. Mimo wszystko chłopiec postanowił nie rzucać jeszcze wszystkich kart, które miał w zanadrzu na stół. Mimo tego, że był wciąż tylko chłopcem, miał przecież swój rozum.
- Myślę, że to, co mi się wydaje mogłoby zapełnić niejedną książkę, ale specjalnie nie ma to znaczenia – i przybrał maskę, która, miał nadzieję, wyrażała uprzejme oczekiwanie.
- A ja myślę, że byłaby to niezwykle ciekawa lektura – starzec mrugnął do niego. – To, co sądzisz o tym wszystkim ma dla mnie wielkie znaczenie i – zawahał się przez chwilę – dla ciebie również powinno.
Chłopiec spojrzał po raz kolejny na twarz Czasu i dopiero teraz zobaczył ją w pełnej krasie i okazałości. Jego siwe włosy były niczym sztorm na morzu, wielkie fale kosmyków sięgających mu aż do pasa były powykręcane we wszystkich możliwych kierunkach, broda, która podzielała ich los była tak gęsta, że można byłoby się nią przykryć jak kocem, poszukując ciepła w chłodne dni. Żal było tylko chłopcu patrzeć na tą zapadniętą, białą jak wosk skórę pokrytą zmarszczkami, przypominającą bardziej korę starego drzewa niż ludzką twarz. Jedyne, w czym wciąż tliło się życie, były jego oczy, jakby zostało ono zamknięte w tych dwóch kryształowych kulach, pozostawiając na łaskę starości całą resztę.
Przez chwilę nie mógł oderwać wzroku od tej twarzy, która tylko jemu i tylko wtedy mogła wydawać się piękna. Twarzy, w której zamknięte były dzieje wszystkich pokoleń ludzi, wszystkich istot od momentu… no właśnie, od jakiego momentu? Sam chłopiec na pewno również zastanowiłby się nad tym pytaniem, gdyby nie był tak zachwycony tym widokiem i przy okazji nie miał akurat innych rzeczy na głowie w tej chwili. Jakże piękna wydała mu się wtedy starość. Ten przywilej doczekania w spokoju kresu swoich dni. Przywilej wypełnienia w pełni swojego losu. W tym właśnie momencie zapragnął tego najbardziej na świecie i od razu uświadomił sobie, że jest przecież dopiero chłopcem, że wciąż całe życie przed nim i gdy tylko ta myśl spenetrowała najgłębsze korytarze jego mózgu, poczuł dziwne mrowienie w palcach, później w rękach i nogach, a nastepnie na całym ciele. Przerażony tym niespodziewanym obrotem spraw spojrzał na Czas, jakby szukając ratunku, lecz on tylko stał i przypatrywał się tej całej sytuacji z lekko zauważalnym uśmiechem triumfu. Chłopiec nie wiedząc, co ma zrobić zamknął odruchowo oczy i zasłonił twarz rękami, jakby broniąc się przed wielką falą gorąca, bijącą z nieznanego mu źródła. Wstał z ziemi, kompletnie nieświadomy tego, co robi, wciąż przykrywając twarz dłońmi. Po chwili jednak wszystko minęło, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Zdezorientowany chłopiec otworzył lekko oczy, spojrzał na swoje ręce i natychmiast po tym wydał z siebie zduszony okrzyk. Cóż, jedno mógł stwierdzić z całą pewnością – to nie na swoje ręce patrzył, a jednak…
Przejechał delikatnie wzrokiem po wierzchu dłoni, nastepnie wzrok zaprowadził go do nadgarstka i dalej. Nie było śladu po jego drobniutkich, wiotkich rączkach. Wszystko było większe, bardziej umięśnione. Spojrzał w dół i zachwiał się, jakby miał lęk wysokości, bo ziemia, po której zazwyczaj stapał nagle oddaliła się od niego niebezpiecznie, jakby w ucieczce przed czymś strasznym, napływającym z czarnej otchłani nieba. Trochę mu zajęło przystosowanie się do nowej perspektywy. W między czasie oddał się dalszym oględzinom, które dały mu zadziwiający obraz jego ciała. Po kilku minutach wiedział – nie był już chłopcem, był mężczyzną.
Spojrzał ponownie na Czas, który na widok stojącego niepewnie chłopca-mężczyzny również podniósł się z ziemi i wtedy wszystko zrozumiał. Zrozumiał dlaczego tu trafił. Dlaczego akurat tutaj, na dno ludzkiej duszy. W miejsce, gdzie swój koniec znajdują wszystkie rzeczy, które dawniej do niej należały. Trafił tu, bo najpierw musiał zrozumieć. Nagle wszystko wydało mu się dziwnie klarowne i jasne. Musiał najpierw przestać chcieć być chłopcem, żeby naprawdę przestać nim być. Zdał sobie sprawę, że żeby iść naprzód, musiał tego zapragnąć z całego serca. Zobaczyć swój cel i dążyć ku niemu.
Znowu odruchowo spojrzał Czasowi w oczu, tym razem jednak, jakby szukając potwierdzenia dla swoich myśli, by od razu się zreflektować, że przecież nikt nie może ich znać poza nim, lecz Czas, jak zwykle, lubił zaskakiwać i po raz kolejny to czyniąc, kiwnął lekko głową. Przez chwilę próbował pozbierać myśli do kupy, nareszcie w pełni rozumiejąc problemy jakie miał Czas, a przecież on, już-nie-chłopiec nie musiał się do tego zmagać z wiecznie trwającym tykaniem, na Boga!
- Tak więc, to wszystko było po to?
Czas po raz kolejny skinął głową.
- Ludzie, to dziwne istoty – zaczął starzec jeszcze nie znanym mu do tej pory tonem. - Obserwuję was całe swoje życie i pogodziłem się z tym, że już chyba nigdy nie zrozumiem waszego postepowania – zatrzymał się na chwilę, jakby szukając odpowiednich słów. – Niektóre rzeczy doceniacie dopiero wtedy, gdy prawdziwie je utracicie. Tacy już jesteście. Musiałem pokazać ci to, co mogłeś utracić, gdybyś chciał pozostać na zawsze tylko chłopcem, a ty musiałeś to zobaczyć i nie zawiodłeś mnie, mój drogi! – i cały się rozpromienił. – Po cichu trzymałem za ciebie kciuki, ale nie mogłem nic zrobić. Mówiłem już, że cię polubiłem, prawda? A teraz, cóż… - spojrzał przez ramię w ciemną, a raczej już nie-ciemną dal tuż za nim. Teraz za jego plecami malowała się biała dziura, która powiększała się z każdą chwilą, aż w końcu przybrała kształt drzwi. Biała cienka linia rozchodziła się od ich podnóża na całą szerokość horyzontu.
- Czy to…?
- Tak.
Zawahał się.
- Mogę?
- Musisz.
Z lekko dygoczącymi nogami ruszył w stronę światła życia. Minął Czas bez słowa, rzucając mu tylko krótkie spojrzenie na pożegnanie. Gdy stanął przed drzwiami zatrzymał się na chwilę i odwrócił. Mimo wszystko chciał Czasowi jakoś podziękować, lecz gdy spojrzał w miejsce, gdzie zostawił go bez słowa, Czasu już nie było. Strapiony odwrócił się do drzwi i już miał przez nie przejść, gdy nagle poczuł, że ktoś chwyta go za rękę. Zaskoczony odwrócił się ponownie. Nie zobaczył już starca z włosami do pasa i imponującą brodą. Nie zobaczył chudej, zapadającej się twarzy. Zobaczył tylko oczy, te same oczy ze wskazówkami, które teraz zdobiły twarz małego chłopca.
- Idziesz ze mną?
- A myślałeś, że cię tak zostawię? - usłyszał rozbawiony, znajomy głos gdzieś wewnątrz swojej głowy. - Przecież ktoś musi przypominać ci wciąż o tym, co straciłeś, zyskując przyszłość, prawda? – Mężczyzna spojrzał pytająco na chłopca. – A ten uroczy maluch, mój drogi przyjacielu, to twój siostrzeniec.
Ukląkł przed nim i spojrzał na jego twarz, a nastepnie wytarmosił delikatnie chłopca za jego drobniutki nosek.
- Jest niesamowity.
- Tak, to prawda – głos wciąż zdawał się wybrzmiewać z wnętrza jego czaszki. – To twoja wielka nagroda i moja mała, słodka zemsta.
Po tych słowach mężczyzna wyprostował się, spojrzał na drzwi, od których biło światło życia i uśmiechnął się sam do siebie.
- Mimo wszystko, dziękuję ci – ale nie usłyszał już żadnej odpowiedzi. - No, cóż – spojrzał z góry na chłopca, który odwzajemnił spojrzenie z malującą się na twarzy ciekawością. - To ruszamy – i zniknęli trzymając się za racę, pochłonięci przez nieprzeniknioną biel.

PS. I to tyle. Do widzenia państwu, I hope you enjoy the show. Od teraz tylko: [link]

Gra Aniola

Tue Jun 23, 2009, 4:53 PM
  • Mood: I Have To Pee
  • Listening to: Anna Maria Jopek - O co tyle milczenia
  • Reading: Carlos Ruiz Zafon, 'Gra Aniola'
  • Drinking: Chocolate milk
Wakacje.

Wakacje pod znakiem pracy, chwili wytchnienia, pracy, jeszcze krótszej chwili wytchnienia i pracy. W sumie, sam się na to pisałem i nie żebym narzekał, czy żałował. Wręcz przeciwnie. To właśnie to, na co liczyłem. 24 godziny bez przerwy w podróży, to cena, którą warto było zapłacić. No i to wszystko... to wszystko za czym tak tęskniłem i na co tak czekałem tyle miesięcy. Na razie... tak daleko i tak blisko mi do mojego San Francisco, bo to tylko chwilę drogi 101 przy oceanie, ale cóż... przyjdzie mi tym razem dłuższą chwilę, ale poczekać na upragnione spotkanie, bo w końcu jestem w pracy, prawda?

Na razie wolne chwile, mimo, że krótkie, to dość częste, wykorzystuję na czytanie lub podziwianie cudownego widoku kalifornijskich winnic (swoją drogą, nie wiedziałem, że tyle tego tu, do cholery, jest!). Tak, na czytaniu... na czytaniu chyba już po raz setny mojej chyba ulubionej ostatnio książki - "Gra Anioła". Cóż, przyjdzie mi tu spędzić resztę wakacji, więc biorę dupę w troki lecę i do roboty. W końcu samo się nie zrobi, nie? <rzeknięte tonem typowego człowieka pracy, czyt. zwykłego polskiego robola, np. pana Janka, nie obrażając nikogo>. Miło było wreszcie skontaktować się z Ziemią. Kulczyński - bez odbioru.

- I jak? - w końcu nie wytrzymała.
- Cudo.
Twarz jej się rozjaśniła.
- Moje opowiadanie?
- Kawa.

Carlos Ruiz Zafon, "Gra Anioła"

PS. A, zapomniałbym. To już prawdopodobnie ostatni wpis do dziennika tutaj, na tym koncie na DA. Coś się kończy, coś się zaczyna. Z pewnym lipcowym dniem skończy się mój, jakże niezmiernie umiłowany stan ducha i ciała, jakim było dzieciństwo. Będę tęsknił < przeciera łzę>, ale cóż trzeba spojrzeć prawdzie w oczy... stara dupa jestem, kurważ jegoż mać. Z tego tytułu uznałem, że powinienem owy stan pożegnać w jakiś symboliczny sposób i stąd taki dziwaczny pomysł jak zmiana konta. Od teraz będzie można mnie zwiedzać pod adresem: [link] Na razie konto nie jest uporządkowane i generalnie syf w postaci pustki tam króluje, czyli chujnia rzecz krótko zwięźle ujmując, ale gdy będę miał trochę więcej wolnej chwili postaram się to nadrobić jak najszybciej. Znajomków z nk pozapraszam, coś tam napiszę o sobie, jakieś zdjęcia wstawię, dodam coś z mej twórczości (pod warunkiem, że takoważ powstanie), czyli generalnie full wypas zestaw Happy Meal tyle, że bez zabawki.

PPS. Być może za niedługo ukarze się coś z mym udziałem na my space Hukuli (na swojego wrzucał nie będę, bo wstyd z tym obwiechem i techno boyem coś umieszczać ), więc jesli macie ochotę - wypatrujcie. A tak na serio... nagraliśmy, mam nadzieję, naprawdę coś spoko, w ramach osobnego projektu autorstwa Huka, więc jeśli naprawdę macie ochotę posłuchać, wypatrujcie opisów na gadu u Huka lub u mnie. Będzie mi osobiście bardzo miło. Mój my space mam nadzieję, że ruszy pełną parą po mym powrocie we wrześniu, gdy ruszy 'Kosa project', czyli coś, co z miłą chęcią podpiszę moim imieniem i nazwiskiem wraz z resztą muzyków, którzy będę w to jazzowe morderstwo zamieszani. See ya' my niggaz, peace homiez and whatever. Do zobaczenia we wrześniu - w innym życiu.

Devious Journal Entry

Sat Jun 6, 2009, 8:29 AM
  • Mood: I Have To Pee
  • Listening to: Damien Rice - 9 Crimes
  • Watching: House M.D.
Gdy się postarzał, nie potrafił już akceptować zmian tak jak dawniej. Jego charakter z biegiem lat skostniał i stał się niezmienialny, a kiedy nie mógł zrozumieć lub nie pochwalał postepowania młodych, to nie umiał już przejść nad tym do porządku dziennego. Jego charakter sprzeciwiał się temu.
Być może głównie to oddaliło go od najmłodszego dziecka, Auberona. Rozmyślając o chłopcu, Smoky czuł najczęściej złość przemieszaną z zakłopotaniem oraz smutek z powodu tajemniczej przepaści, jaka ich dzieliła. Za każdym razem, gdy podejmował wysiłek dotarcia do syna, Auberon odgradzał się umiejętnie murem nieprzeniknionej tajemniczości, przed którym Smoky stawał bezradny i zniechęcony, jeszcze zanim zrobił pierwszy krok. Z kolei kiedy syn przychodził do niego, Smoky nie był w stanie zrezygnować z przywdziewania maski szczerego, powierzchownego i typowego ojca, w efekcie czego Auberon pospiesznie się wycofywał. Z biegiem czasu sytuacja uległa pogorszeniu, zamiast zmienić się na lepsze. W końcu Smoky, okazując niechęć i dezaprobatę, ale odczuwając ulgę, pożegnał się z synem, gdy ten wyruszył do Miasta, aby prowadzić swoje dziwne poszukiwania.
Może powinni częściej przebywać razem. Po prostu wychodzić w letnie popołudnie, syn i tato, i podrzucać sfatygowaną piłkę. Auberon zawsze lubił grać w piłkę, Smoky o tym wiedział, ale sam nie był w tym nigdy dość dobry ani nie sprawiało mu to przyjemności.
Zaśmiał się, zdając sobie sprawę z niewystarczalności takiej metody. Tylko tyle potrafił zaproponować, stojąc w obliczu niewyjaśnionej zagadki, jaką stanowiły jego dzieci. A może przyszło mu to do głowy dlatego, że czuł, iż prosty kontakt, jakiś zwykły gest pomógłby zmniejszyć dystans między nim a synem. Nie zauważył, aby tak wielka przepaść stała między nim a córkami, ale oczywiście nie mógł tego wykluczyć. Może jej nie dostrzegali, a była nią po prostu odczuwana codziennie dziwność dorastania u boku ojca, którym sam dorósł wczoraj, albo nawet przedwczoraj.

PS. Papierosy, kawa, ja.

Devious Journal Entry

Mon May 25, 2009, 12:53 PM
  • Mood: I Have To Pee
  • Listening to: Grzegorz Turnau - Bracka
  • Watching: House M.D.
Chłopczyk zgasił lampkę i wsunął się pod kołdrę. Jego bose stopki odczuwały przenikliwe zimno. Zwinął się w kłębek i leżał, wsłuchując się w dźwięki ciszy. Było mu źle, ale nie dlatego, że nagle wszyscy go opuścili i zostawili samego na pastwę okrutnego świata, albo w sumie, może właśnie dlatego, ale nie chciał się do tego przyznać?
Odwrócił swą malutką twarz do okna, wciąż pokrytą niespożytym oceanem wdzięcznych piegów i spojrzał w odbicie swych niebiesko-zielonych oczu. „To dziwne” - pomyślał. „Dlaczego inni mają oczy niebieskie, inni zielone, jeszcze inni brązowe, czy szare? Dlaczego Bozia nie mogła się zdecydować, czy dać mi niebieskie czy zielone? Przecież to nie mogło być takie trudne, skoro inni mogą takie mieć.” Chwilę jeszcze wpatrywał się mętnie w swoje oczy, do czasu, w którym zorientował się, że to już nie w swoje oczy się tak wpatruje, lecz w oczy kogoś zupełnie innego. Podskoczył gwałtownie na łóżku wraz ze stłumionym okrzykiem i mrugnął - oczy zniknęły. Zawahał się przez chwilę, jednak ciekawość z łatwością wygrała walkę w jego młodym umyśle i powoli podszedł do okna. Chwile stał tak czekając na to, co się wydarzy, ale gdy cały czas nic się nie działo, delikatnie otworzył okno.
- Ha-ha-halo? - wyszeptał i prawie w tym samym momencie krzyknął i gwałtownie odsunął się od framugi. Nie wierzył własnym oczom, bo oto zobaczył najdziwniejszą rzecz w swoim chłopięcym życiu. Oto tuż przy jego oknie wisiał najprawdziwszy z prawdziwych księżyc. - C-c-co? Ki-ki-kim ty jesteś? - zapytał wstrząśnięty.
- Nie bój się, nie chcę cię skrzywdzić - księżyc najwyraźniej poczuł większe przerażenie, gdy zobaczył przerażenie na twarzy chłopca niż przerażenie, gdy chłopiec zobaczył księżyc. - Chciałem porozmawiać.
Chłopiec wpatrywał się oniemiały w swojego dziwnego nocnego gościa i zupełnie nie wiedział, co ma powiedzieć.
- P-p-porozmawiać? A-ale o czym?
- Nie wiem, o czymkolwiek - księżyc się uśmiechnął. - Widzisz, ja też jestem samotny.
- Ale jak to? - chłopiec nie mógł ukryć swej ciekawości. - Przecież jest tam tyle gwiazd! Księżyc nie może być samotny!
- Gwiazdy? Żartujesz?! - księżyc prychnął pod nosem z wyraźnym niesmakiem. - Nie interesuje je nic poza tym, czy aby na pewno pięknie świecą - i zaczął naśladować pretensjonalny kobiecy głos - „Och, a ja ostatnio świeciłam nad Nowym Jorkiem, wszyscy ludzie byli zachwyceni” - odwrócił twarz w przeciwną stronę i zmienił odrobinę ton - „Ach, naprawdę? Kochana, ale to jeszcze nic, pamiętaj, że to ja jestem gwiazdą północną i to dzięki mnie ludzie odnajdują drogę. Każdy ci powie, moja droga, że to ja najpiękniej świecę!” - i spojrzał wymownie w niebo. - Oszaleć można, daję słowo.
- No tak, racja. Też chyba nie dałbym rady - chłopiec zamyślił się, jakby próbował sobie przypomnieć, co chciał wcześniej powiedzieć i po chwili zapytał - Ale, czy wy… to znaczy ty… czy możecie tak rozmawiać z ludźmi?
Księżyc również pomyślał przez chwilę.
- W zasadzie, to nie - odpowiedział powoli. - W zasadzie, to w ogóle nie powinno mnie tu być.
- To, co tutaj robisz? - zapytał chłopczyk automatycznie, lecz od razu ugryzł się w język.
- Już ci mówiłem, bo ja też jestem samotny. Ale, jeśli nie chcesz, mogę sobie pójść.
- Nie, nie, nie! Po prostu… nie mam w zwyczaju rozmawiać z… no wiesz? Z księżycami - chłopiec jednak się uśmiechnął. - Ale z drugiej strony nie jest to takie straszne, jakby mogło się wydawać.
Księżyc też się uśmiechnął.
- Muszę już wracać, bo gwiazdy mogą się zorientować, że mnie nie ma, a wtedy wszystko się wyda, ale… - zawahał się - ale mogę wrócić jutro, je-jeśli chcesz.
- Oczywiście, że chcę! - chłopiec prawie podskoczył z radości, może wreszcie będzie miał prawdziwego przyjaciela.
Księżyc rozpromienił się jeszcze bardziej.
- W takim razie, dobranoc.
- Dobranoc.
Chłopiec jeszcze chwilkę wpatrywał się przez otwarte okno. Był taki szczęśliwy - będzie miał przyjaciela, prawdziwego przyjaciela! Wskoczył do łóżka i znów zwinął się w kłębek. „Co za dziwna noc” - pomyślał i natychmiast po tym zasnął.

PS. Wszyscy dookoła się uczą, a ja jakoś nie mogę. Zamiast tego piszę jakąś kolejną śmieszną niedokończoną historyjkę wyrwaną z kontekstu, jakby miały one jakiś sens. Może, gdyby je zebarć do kupy coś by z tego wyszło. Taki konglomerat. Ale mniejsza. Nie, żeby moja niechęć do uczenia się była jakąś nowością, ale może już czas najwyższy przestać tak postepować? Wiecie? Zazdroszczę mu. On nie ma takich problemów. Rozmawia sobie z księżycem. Też bym tak chciał, czemu nie.

PPS. Mus to mus, więc Szanowni, E.T. go home, czytaj - Daniel siada do matematyki. Może raz w życiu uda mi się czegoś porządnie nauczyć, bo do tej pory było z tym krucho w każdym aspekcie jego trwania.

PPPS. Półśrodki w postaci herbacianej już tu nie pomogą. Potrzebują kawy, czarnej kawy, kawy czarnej jak najczarniejsze potrafi być niebo w czasie najczarniejszej nocy.

Devious Journal Entry

Sun May 17, 2009, 9:08 AM
  • Mood: I Have To Pee
  • Listening to: Mateusz Ziolko, Lidia Jazgar i Galicja - Nie ma...
Spójrz, co widzisz?
- Ciemność.
Idziesz?
- A powinienem?
Powinieneś.
- Więc idę.
Tak łatwo, żadnego oporu?
- A co mam innego do wyboru?
Życie, później już nie masz odwrotu.
- Życie? A cóż to?
Wszystko.
- I ty to mówisz?
Ja, bo ja nie miałem wyboru.
- Nie myślałem o tym.
Ja też nie, teraz dopiero…
- I co?
I nic. Idziesz?
-Nie wiem… nie.
Zazdroszczę ci.
- Czego?
Bo śmierć nie może powiedzieć - nie.

PS. Twórczo oddaję się muzycznej stronie mojego życia.
PPS. Halo? Jestem 'Mistrzem', czy ktoś widział moją 'Małgorzatę'?

Journal History

Site Map